Redakcja
18.05.2013.

Polecamy:

Castle Rock 2010 Drukuj
 
Written by Crimson, on 24-06-2010 11:57
Average user rating No rating

Castle Rock, 05.06.2010, Zamek Broich-Mühlheim/Niemcy

Więcej zdjęć: http://www.alternativepop.pl/cpg142/thumbnails.php?album=206

Gdyby ktoś zapytał mnie jak było na tegorocznym Castle Rock, za odpowiedź posłużyłoby mi tylko jedno słowo: niepowtarzalnie. To może banalne, ale tak naprawdę było. Nie da się zaprzeczyć faktowi, że na tym festiwalu wszystkich - artystów jak i publiczność - łączy jakaś więź, a jest nią oczarowanie muzyką i chęć dobrej zabawy. Już przed rozpoczęciem imprezy dziedziniec zamku był solidnie zaludniony i  wypatrywano rozpoczęcia festiwalu.

Punktualnie z wybiciem godziny 13 na scenie zamku Broich pojawił się pierwszy wykonawca - Eden weint im Grab.  Zabrzmiały dark metalowe dźwięki, powiało melancholią i ponurym klimatem. Teksty przepełnione smutkiem zachęcały raczej do refleksji niż do wykreowania festiwalowej atmosfery. Ponadto kompozycje brzmiały monotonnie i brakowało im żaru. Odnosiło się wręcz wrażenie, że zespół pojawił się na festiwalu za karę - przyszli, zagrali i zniknęli za kulisami. Dlatego publika znikała spod sceny, gdyż ciekawsze i żwawsze życie toczyło się poza murami zamku.

Na całe szczęście Castle Rock dopiero się rozkręcał i klimat na dziedzińcu zmienił się diametralnie, gdy na scenę wkroczył Seelenzorn. Ten 6-osobowy zespół pod przewodnictwem Jensa Clemensa epatował pozytywną energią, która szybko przechodziła także na słuchaczy. Akcja na scenie toczyła się w gigantycznym tempie, gdyż w kapeli śpiewa aż trzech wokalistów. Każdy z nich to indywidualność, która na swój sposób podbijała serca zebranych. Ale mimo że wokalnie uzupełniali się znakomicie, to bez wątpienia najlepiej wibrował głęboki, barytonowy głos Toniego Antrhogalidisa. Ten występ był znakomitą okazją do obserwacji publiczności, która czynnie uczestniczyła w tym pokazie. Oczywiście także muzyka Seelenzorn, łącząca elementy EBM, metalu, gothicu i industrialu, zachęcała do harców pod sceną. Fakt faktem - główna uwaga koncentrowała się na wyczynach trzech wokalistów, ale trzeba też podkreślić że i pozostali muzycy prezentowali całkiem przyzwoite rzemiosło. I tak np. za bębnami swoje muzyczne kunszty demonstrował Thomas Stauch ( Ex Blind Guardion). Podobali się bez dwóch zdań o czym świadczyła reakcja publiczności, no i zaostrzyli tym samym apetyt na pozostałe występy.

Przyszła pora na przerwę. Większość zebranych relaksowała się w zaciszu parku znajdującego się tuż za murami zamku. Była to zresztą znakomita decyzja, gdyż za chwilę czekała nas podróż przez krainę muzycznego absurdu.

Kolejny festiwalowy wykonawca - The Vision Bleak inspiruje się horrorami i literaturą o tejże tematyce. W swoich tekstach wykorzystują wersy np. z twórczości Lovekrafta, Heinricha Heine czy Oscara Wilde. Sami też określają swój styl jako horror metal, a potwierdzeniem tego był chociażby ich sceniczny image. A jaki był występ The Vision Bleak w Mühlheimie? Podgrzewali atmosferę żwawym tempem, siłą uderzeń i ciężkim brzmieniem gitar. Ziali po prostu prawdziwie piekielnym ogniem.Taki naprawdę czadowy występ, gdzie od nadmiaru energii aż się iskrzyło. Ale widać też, że The Vision Bleak znają się na rzeczy i wiedzą jak połączyć mocne uderzenie z  fajnym klimatem  - grają bowiem atmosferyczny metal z wpływami gothic, doom i symphonic metalu. Na szczególną uwagę zasłużył też materiał pochodzący z wydanego w tym roku albumu pt: "Set sail to Mystery". No i najważniejsze reakcja publiczności - ich zadowolone twarze pozwalały przypuszczać, że zespół wywarł na nich pozytywne wrażenie. Co zresztą zamanifestowano niejednokrotnie lawiną oklasków. A i The Vision Bleak zrewanżował się za znakomite przyjęcie obdarowując fanów swoimi koszulkami.

Festiwalowa karuzela rozkręcała się więc na dobre, a rozgrzana publiczność chłonna była nowych wrażeń. Bez wątpienia takowych dostarczył im zespół Krypteria. Rozpoczęło się bardzo oryginalnie, gdyż wokalistka Ji-In Cho pojawiła się najpierw w białej, długiej sukni i przy końcówce utworu "Shoot me" zaczęła się pozbywać niepotrzebnych części garderoby. Nie, nie było znowu tak ekstremalnie. Nie stała przed publiką w samej bieliźnie, tylko w skórzanych spodniach i gorsecie. Zresztą ta długa suknia chyba jej przeszkadzała, gdyż Ji-In Cho to bardzo ruchliwa osóbka. Wokalistka przemierzając niejednokrotnie scenę bez wątpienia przykuwała uwagę. Grzechem byłoby nie wspomnieć także o jej głosie - jakże czystym, wysoko wibrującym. Wspaniale zaśpiewała sopranem np. w kawałku "Somebody Save me". Widać że lata studiów na kolońskiej uczelni nie poszły w zapomnienie. Zresztą w całym zespole drzemie niezły potencjał energii, którą wyładowują podczas swoich koncertów znakomicie stopniując przy tym napięcie. Potrafią do tego stworzyć fajny klimat i wszystko zamknąć w muzycznej, emocjonalnej kulminacji.Było więc wiele emocji, np. takich jak basowe solo Franka Stummvolla, którym muzyk popisywał się w trakcie wykonywania utworu "My Fatal Kiss". Ogólnie znakomicie zagrany koncert, wszystko było tu odpowiednio wyważone i zaserwowane. Relacja jaka nawiązała się pomiędzy zespołem i publicznością była także kontynuowana po występie, kiedy to członkowie grupy wraz z uśmiechniętą Ji-In Cho oddawali się bez reszty swoim fanom. I to właśnie w Castle Rock jest wyjątkowe - bliskie obcowanie z artystami, tu nie ma żadnych barier.

Następnie na scenie zainstalował się Mono Inc. i przedstawił porcję dark - alternatywnych kompozycji. Ten zespół miałem już okazję widzieć zeszłego roku, także na Castle Rock i trzeba przyznać, że od tego czasu poczynili spore postępy. Kompozycje w wydaniu koncertowym stały się bardziej dopracowane, muzycy stali się bardziej obyci na scenie a przy tym bardziej żywiołowi. Na tegorocznym festiwalu zagrali bardzo na luzie. Zespół dał się wręcz ponieść chwili i rozkoszował się każdym zagranym numerem. No i warto też wspomnieć o Katha Mia, która znakomicie radziła sobie za bębnami. A na scenie prym wiódł Martin Engler - bardzo zadziorny, pewny siebie i dominujący nad całym show.Zabawa była przednia, gdyż Martin miał znakomite podejście do publiki, przekomarzał się np. z fanami jak powinni odśpiewać wersy kawałka. A okazji do wspólnego śpiewania było sporo, chociażby przy coverze Iggy Popa "The Passenger", który Martin wykonał akustycznie. Do tego dochodziły wpadające w ucho utwory jak np. "Gothic Queen" z ładną linią melodyczną, które zmuszały nogi do tańca, albo co najmniej do podrygiwania w rytm muzyki. Widać takiej dawki energetycznej mocy potrzebowało zebrane audytorium, gdyż Mono Inc. byli pierwszym zespołem wywołanym na bisy.

Koniec festiwalu zbliżał się wielkimi krokami, ale zanim doszło do kulminacji mieliśmy okazję zobaczyć jeszcze występy dwóch znakomitych zespołów. Jednym z nich był Diary of Dreams. Zespół, którego zbytnio przedstawiać nie trzeba, bo od kilkunastu lat tworzy muzykę niecodzienną. Muzykę, która dzięki swojej nieprzeciętności potrafi połączyć ludzi, fanów odmiennych gatunków muzycznych, którzy na wiele różnych sposobów odbierają sztukę. Już od pierwszego kawałka pt. "The Wedding" wokalista Adrian Hates objął w posiadanie dusze słuchaczy. Jego mocny głos idealnie wtapiający się w muzykę i tak dobitnie wyrażający jego uczucia rzucał czar na zebranych. Ten występ oddawał atmosferę niesamowitości i dreszcz emocji. Diary of Dreas zagrali kompozycje pełne ekspresji i różnych nastrojów. Mocnymi akcentami występu były "Traumtänzer" i "The Plague". Trudno tutaj zresztą wymieniać poszczególne utwory, gdyż każdy z nich na swój sposób był wyjątkowy i każdy z nich wzbudzał w fanach odmienne uczucia. Oczywiście zanim Diary of Dreams pożegnał się z Castle Rock nie obyło się bez bisów. Grupa wykonała na koniec jeszcze dwie kompozycje "A Curse" i "Kindrom". Warto dodać, że za keyboardami gościnnie zasiadła Leandra (Jesus on Extasy).

Kiedy przed publicznością wyłonił się ostatni wykonawca Letzte Instanz temperatura wśród widowni wzrosła co najmniej o kilkadziesiąt stopni. Wiadomo było, że zapowiada się trzymający w napięciu spektakl, a jego bohaterami będą muzycy z Letzte Instanz. Główne miejsce na scenie należało jak zwykle do wiolonczelisty - Benniego - który zasiadł bosy na podium i zademonstrował jak powinna wyglądać radość z grania. Pozostali muzycy również stąpali tą samą ścieżką i swoim zaangażowaniem jak i powerem mogliby obdarzyć niejedną kapelę. Wokalista Holly ma dar łatwego nawiązywania kontaktu z publicznością, robi z nią właściwie co chce. Kiedy Holly zarządził, że w trakcie kawałka "Dein Licht" w dłoniach wszystkich fanów miały płonąć zapalniczki - tak się też stało. No i było też naturalnie wspólne śpiewanie, publiczność ani przez chwilę nie żałowała swoich gardeł. Takie występy warto oglądać, gdyż zapisują się na długo w naszej pamięci. Holly powitał w szeregach zespołu nowego bębniarza - Davida Pätscha i przedstawił go jako najprzystojniejszego bębniarza niemieckiej sceny....czy tak jest, nie wiem. Mogę tylko potwierdzić, że w Mühlheimie spisał się brawurowo. Letzte Instanz są w znakomitej formie, o czym zresztą świadczy euforyczne pożegnanie jakie zgotowała im publika na dziedzińcu zamka Broich.

Niewątpliwie przez ten dzień popłynęło wiele wspaniałych dźwięków... niewątpliwie po raz kolejny miałem okazję przekonać się, że Castle Rock to impreza z charakterem. Również w tym roku festiwal trwał dwa dni. Organizatorzy mogą szczycić się tym, że impreza wywołała spore zainteresowaniem. Castle Rock mesmeryzuje uczestników i przyciąga ich niczym magnes. A wszystko to za sprawą niezawodnego składu i wielu atrakcji o których rozmaitość starają się organizatorzy.

17.06.2010
Crimson


Users' Comments (0) RSS feed comment

No comment posted

Dodaj komentarz



mXcomment 1.0.7 © 2007-2013 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

© 2001-2013 Apop.pl