| Depeche Mode - Playing the angel |
|
Depeche Mode - Playing the angel
Emo-cjonalny rozstrój... Płyta ta stanowi w dużej mierze zbiór egzorcyzmów odprawianych nad zgliszczami samodestrukcyjnego życia Gahana. W wyczynach Depeche Mode odnaleźć można ślady zacnych płyt-poprzedników. I tak potężnie skorodowany "A pain that I'm used to" brzmi identycznie jak "The dead of night". Plądrofoniczny, industrialnie eksperymentujący "Suffer well" to skromne nawiązanie do całego krążka "Construction time again". Zaś najlepszy Gore'owy kawałek "Damage people" budzi jasne i oczywiste skojarzenia z "Counterfeit 2". Aczkolwiek płyta ta ze swoim nawiedzonym utworem "Nothing's impossible", z nieskazitelnym, perfekcyjnie wykonanym "Lilian", akustycznym (czyt. instrumentalnym) "Introspectre" tworzy kolejną, nową jakość dla DM. Początek płyty wiele zwiastuje i może wydawać się dość atrakcyjny. Później słychać i czuć, że niektóre utwory odstają, nie pasują do tego obiecujacego początku. Ich tempo wyraźnie spada, a krew w żyłach zwalnia swój bieg. Powstaje pytanie: czy to efekt zamierzony, czy też w pewnym momencie skończyły się dobre pomysły? Część utworów, jak "Precious", "John the revelator" czy najeżony cyfrowymi świstami "Sinner in me", to dodający albumowi ognia i żaru potencjalni królowie dyskotek popularnie zwanych "DM party". A inne z kolei to, jak "I want it all", wydające się być gorszej jakości smętne ballady. Ów brak proporcji, nierówność albumu zaburza w dużej mierze jego odbiór. Co się tyczy tekstów to nie wiem czy pisał je człowiek, czy też może jakaś potępiona dusza z czyśca. Mam tu na myśli wszystkie te odurzające surrealizmem i melancholią zwroty o bólu, agonii, dochodzeniu do siebie, rozmowach z Bogiem, utracie kontroli, przelewających się zmysłach. Na największą uwagę zasługują rzecz jasna te, które zostały napisane do utworu "The darkest star". Po ich wysłuchaniu pozostaje wrażenie niedopowiedzenia....zawodzenia Gahana obecne w tym numerze, jak w żadnym innym, świetnie korespondują z elektroniką i zaawansowaną produkcją studyjną Bena Hillera. Całe szczęście nagrania zawarte na tym albumie to nie tylko sztucznie wygenerowane trzaski, szumy, zlepy, ciągi, ale również piękny "żywy" chórek Gore'a w "The sinner in me" czy "żywe" gitary w "Lilian". Dziwna to płyta. Zachęca, a później trochę odpycha. To, co na pierwszy rzut ucha wydaje się chwytać - mowa tu o singlu "Precious" - na drugi rzut wcale chwytliwe nie jest. Swego czasu udało mi się nawet nie wyjmować jej z odtwarzacza. Ale ile to trwało? Tydzień, dwa? Stanowczo za krótko jak na DM. Czekałam chyba na jakieś "tąpnięcie", ale ono nie nastąpiło... [6.5] Ewa Kuba
|
mXcomment 1.0.7 © 2007-2010 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
© 2001-2010 alternativepop.pl
















Najlpesza po powrocie grupy 